Miło patrzeć jak ludzie się w coś angażują. Szczególnie w jakieś akcje społeczne. Niektórzy czepią z tego jakieś korzyści. Nie tylko materialne, ale i ulepszają swój wizerunek. Mogą też pogorszyć, jeśli na pierwszy rzut oka widać powód. Tak, poprawa wizerunku, to jest najważniejsze. Po co komuś pomagać, skoro można pomóc sobie. Ja i tylko ja. Ja w centrum. Bo przecież to ja, a nie ktoś inny. Nie ma innego "ja".
Magdalena Różczka działa bardzo czynnie w akcjach charytatywnych i kiedyś z takiej okazji była w pewnym programie śniadaniowym. Nie pamiętam w jakim, nie pamiętam kiedy, nieważne. W każdym razie mówiła bardzo ciekawie na temat ludzi typu "ja" i mój "wizerunek". Że to wszystko może być na pokaz, ale nie zawsze, bo przecież istnieją ludzie, którzy chcą pomagać. Oczywiście są tacy. Nie mogę temu zaprzeczyć są. Ale gdzie oni są. Powiedziała jeszcze jedno, że jeśli ktoś pomocą chce sobie poprawić wizerunek, to serdecznie zaprasza. Ja też zapraszam do tego, chociaż lepszym powodem byłoby, żeby zamiast "ja" było "inni".
Modest Amaro. Dopóki program TopChef nie pojawił się w telewizji nie miałam pojęcia o istnieniu tego człowieka. No ale jak? To przecież wielkiej sławy szef kuchni. Ja jak normalny człowiek nie wiedziałam kim jest Modest Amaro. To chyba jakiś obcokrajowiec. Nazwisko jakby włoskie, imię nie wiadomo jakie. Skąd się on wziął? Czego chce w Polsce? Z pewnością ci, którzy nie wiedzieli nadal nie wiedzą kim on jest. Jako jedyny polski szef kuchni zdobył gwiazdkę michelin. Nadal nic mi to nie mówi. I szczerze nie obchodzi mnie to. Nieważne. Ważne co on ostatnio zrobił. Bo jeszcze na jego temat wiem, że w jego kuchni są zawsze polskie produkty, bo w końcu jesteśmy w Polsce.
Do rzeczy, polskie prawo przeszkadza drobnym przetwórcom w sprzedaży ich produktów. Głównie to wszystko polega na "usunięciu" takich producentów z rynku spożywczego. Oczywiście wszystko według prawa, bo prawo w naszym kraju ma takie luki, że to się w głowie nie mieści. Rzecz w tym, że jeśli ktoś robi wspaniałe powidła śliwkowe i chce je sprzedać, musi przejść przez zawiły labirynt dokumentów. A żeby tylko dokumentów. To miska nie może być plastikowa, tylko metalowa. To ubranie ochronne nie może być ze zwykłej bawełny made in china, tylko z czystego, niebarwionego lnu z północnych Indii.
Nasze polskie produkty są dobre - nie mówię o tych "eko", bo to tylko naklejka - więc dlaczego mamy ufać tym wielkim koncernom spożywczym, które oszukują nas na każdym kroku. Zamiast normalnego twarożku znajdujemy tam E E E. Dzięki Kasi Bosackiej nauczyłam się czytać etykiety. Bo wiem, żeby nie kupować produktów napchanych przeciwutleniaczami i różnymi mączkami. Jesteśmy zapychani konserwantami, które szkodzą naszemu zdrowiu, ale nie możemy kupić naturalnego serka w sklepie, bo prawo nam w tym przeszkadza. Żeby jeść zdrowo, trzeba udać się na targ, gdzie pani sprzedaje wspaniały ser koryciński. Akurat ten można znaleźć w sklepie, ale za podwójną cenę. I takimi "nielegalnymi" marchewkami częstował przechodniów Amaro. Muszę przyznać, że z trudnością przychodzi mi pić mleko ze sklepu. Niby naturalne, prosto z łąki, ale po drodze do sklepu przeszło jeszcze przez pasteryzacje, które całkowicie odbierają smak. Nie może się równać z prawdziwym mlekiem.
Weź mnie w obroty. Kampania zachęcająca ludzi do oddawania szklanych butelek z powrotem do sklepu. Piotr Rogucki i Carlsberg. Dobrze dobrane hasło. G'woli przypomnienia, bo juwenalia. Ale na te butelki są inni chętni, którzy po kilku "szczerze cię szanują". Chcesz być "eko" - zwróć butelkę do sklepu.
Teraz możesz spakować swoje noże i opuścić program.


