Jeeej! Nowy rok! Niedługo.
Co w tym roku zrobię?
Zacznę sprzątać dom, uporządkuje własne papiery, zacznę się uczyć. Tak, jasne.
Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Nic nie planuję, bo nie warto robić planów. Jak nie pójdzie po myśli, to tylko irytacja. Jest jeden plan, do którego nie mamy wglądu. I nie będziemy mieć, dopóki nie przeżyjemy każdego wyszczególnionego punktu. Więc żyjmy i nie planujmy, bo to nie ma sensu.
Przede wszystkim włączę się w życie towarzyskie. Bo jestem taka aspołeczna.
Tak szczerze, to nie wiem.
Tak samo nie wiedziałam w zeszłym. I jeszcze w tym przed zeszłym.
To nie jest ważne.
Ale ten wielki BUM na postanowienia noworoczne. No bo styczeń, początek nowego roku. Początek czegoś nowego. Świetnie, bo może być początkiem w naszym życiu. Ale ten zapał kruszy się już po miesiącu, tygodniu, albo na samym początku. Nie zaczynając, uważam, że i tak nie dam rady. Daję sobie z tym spokój. Jedynie po to, żeby rok później znowu tak samo zrobić. Wiem, że jeśli nie od stycznia, to od pierwszego, od poniedziałku, od jutra. A nie lepiej zacząć gdzieś w listopadzie i poszczycić się dokonaniami przed rodziną podczas świąt lub wśród przyjaciół gdziekolwiek indziej.
Przepraszam, czy tylko mi włącza się sentyment pod koniec roku?
Przypominają mi się wszystkie głupoty, które zrobiłam. Krępujące, ale i te naprawdę zabawne. Do czego to ja nie tańczyłam? Jakich to ja rapsów nie zrobiłam? Na wspomnienie tego na przemian śmieję się i jestem zażenowana swoim beztroskim usposobieniem. Dopiero teraz uświadamiam sobie ile w ciągu tego, kończącego się, roku zrobiłam, ile osiągnęłam swoją ciężką pracą.
W tym roku masa. Z resztą tak, jak w poprzednim.
Życzę wam, abyście zaczęli spełniać swoje marzenia, pełni mobilizacji i chęci do tworzenia.